Czyli to jednak prawda, że czas leczy rany. Godzę się pomału ze śmiercią taty. I idzie mi to szybko, nawet bardzo.
A może po prostu to do mnie nie dociera?
Chyba tak jest, bo gdy jestem przy grobie, to czuję się, jakbym odgrywała jakąś rolę. Jakbym szła tam po nic, bo po co mam iść na grób kogoś, kto żyje i kogo tam nie ma. O, takie mam zawsze wrażenie, gdy tam stoję.