Tak wiec wczoraj nastapil kryzys kryzysow, juz nie wytrzymywalam psychicznie z tymi dwoma smarkulami i az sie poryczalam. Pierwszy raz, a jestem tu poltora miesiaca, plakalam przez to, ze nie moglam ich opanowac. W dodatku zaczal mnie bolec brzuch i malo sie nie porzygalam…
Kurwa, czasami jest mi tu tak ciezko, w Polsce ktos by mnie przytulil, pozartowal, moglabym sobie poleniuchowac z ciepla herbata w rece, a tutaj musze ciagle gdzies jezdzic, latac za malymi…
Przeraza mnie, jak ci ludzie zyja… Dzis jade do babci malych, w piatek jedziemy do Hamburga ( bede z nimi SAMA w pociagu przez 5 godzin, juz zaczynam sie bac … ), w niedziele wracamy z hostka i malymi, a we wtorek jedziemy do Szwajcarii. Dobrze, ze jestem tu tylko na wakacje, nie moglabym zyc tak caly czas, omijac normalne zarcie i inne.
Btw., wczoraj sie chyba przytrulam tym calym makaronem z pesto.
Oni zyja zdecydowanie za szybko, jak dla mnie.
A, no i korci mnie, zeby zostac w Niemczech na rok. Pewnie tego nie zrobie, bo bym miala 2 lata w plecy, ale z drugiej strony – studia nie zajac, nie uciekna.
Spadam sie pakowac na te 5 dni.
Elo.