Nuuuudno mi dzis. Hosci pojechali na rozmowe do Paryza z malymi, a ja siedze i sie nudze jak mops.

Wczoraj znalazlam w sloiczku z pesto plesn. Ladna byla, wygladala jak dmuchawiec.
Ci ludzie juz mnie niczym nie zaskocza. :D
Odkad tu przyjechalam, nie jadlam prawie ani razu zadnego kotleta, raz chyba kurczaka. Oni wpierdalaja makaron, makaron i dla odmiany – makaron. Tak wiem, jesli chce cos jesc, to mam im mowic i moga mi to kupic. Ale tu mieso jest jakies takie… Niedomowe.:)
W kazdym razie rzygam juz tym calym ‚pasta with pesto’. A poza pasta nie ma nic do zarcia. Ser zolty i jakas zielenina, ale to mnie nie urzadza, jesli chodzi o obiady. Dobrze, ze na sniadaniach moge podjesc troche szynki. Nie, zeby mi sie tu nie podobalo, ale ich przyzwyczajenia zywieniowe chyba mi nigdy nie podpasuja.
No, ale zeby nie umrzec dzis z glodu, lece szykowac makaron.