I oto na mnie nadszedł czas. Skończyła się zabawa. Już nie mam „-nastu” lat. Wiem, wiem, nic się radykalnie nie zmieniło z dnia na dzień. Wyglądam w miarę podobnie, ważę tyle samo. Tylko ta cholerna świadomość, że to JUŻ 20 lat.
A pamiętam, jak babcia pytała mnie podczas 11. urodzin, czy się cieszę z bycia nastolatką.
Dziś, jak to w moje urodziny, dymu musiało być co nie miara. Wiele ważnych dla mnie osób po prostu zapomniało o życzeniach dla mnie. I – powiem szczerze – jest mi cholernie przykro. W sumie, wiele osób mniej ważnych pamiętało o tym dniu ( ale tak z drugiej strony – gdyby nie grono, albo nasza-klasa – pamiętaliby? )
Totalnie niczego mi się dziś nie chciało. Spotkałam się z Marcinem. Tragicznie się czułam jadąc do niego. Ale minęło. Przy nim wszystko, co złe, mija. Nie chcę szaleć tutaj z romantycznymi określeniami, ale to jest chyba właśnie moje szczęście. Że mimo bolącego brzucha, głowy, dupy, whateva, mam ochotę się z nim widzieć.
Jest już lepiej niż rano, niemniej moje stanowisko wobec własnych urodzin jest ciągle takie samo – nie lubię.