Najgorsze jest to, że mam świadomość, że nie mam dla kogo żyć, nie mam dla kogo wyjść z domu. Nie mam też dla kogo do niego wracać. Fajnie jest posiedzieć na uczelni, posłuchać ciekawych wykładów. Naprawdę, z moich studiów jestem bardzo zadowolona. Ale to nie wszystko. Nie na tym życie polega …

Odechciało mi się już nawet uczyć historii Ukrainy, która u pana P. brzmi jak pięknie opowiadana bajka.
Ale trzeba się zebrać, pisać, uczyć się …
Trzeba żyć. Ja tego chyba po prostu nie umiem.
Ponoć rodzina to jest siła, a ja tego nie odczuwam, albo nie chcę odczuwać. Nie cierpię mojego brata za to, że on w życiu nie osiągnął nic, a ja wychodzę z siebie żeby być uczciwym człowiekiem, coś osiągnąć w tym życiu, a w oczach ojca zawsze jestem tą złą i niedobrą. Zresztą – obydwu ich nie znoszę i wcale się z tym nie kryję.
Kurwa, nawet ze mną nie chce porozmawiać jak dzwoni z tej swojej zasranej Kanady. Jedynie jak ja odbiorę.
A dziś, żeby było weselej, przyszedł wujek i ponoć babcia ma raka. No czego chcieć więcej?
Biorę słuchawki i zamykam się w swoim świecie. Oduczyłam się uczuć. I już w nic nie wierzę. Nie dociera do mnie, jak ” tam ” na górze może być coś, ktoś, kto czuwa nad ludźmi i o nich dba. Jeśli tak wygląda troska o inną osobę, to ja dziękuję.
Chyba się nie urodziłam na Katoliczkę.